piątek, 26 czerwca 2015

   Około szesnastej wróciłam do domu, cała mokra i zimna. Proste włosy zamieniły się w busz i przebrałam się w dres. W drodze do kuchni spojrzałam w lustro. Wyglądałam całkiem ładnie w tej fryzurze i w spodniach, a nie spódnicy i prostych włosach i białej, jak śnieg koszuli.
    Wzięłam kolejnego gryza kanapki z tuńczykiem i popiłam sokiem. Może nie był to wyśmienity obiad, ale nie było nic innego w lodówce. Mama wyjechała wczoraj do klientów, miała wrócić dziś, ale dalej nie ma po niej znaku. Zero esemesów, telefonów, listów, żadnych oznak życia.
      Przez tydzień nie robiłam zakupów, więc w lodówce została tylko sałatka grecka, parę plasterków sera i szynki, no i spleśniałe mleko. Mniam.
   Nagle usłyszałam dźwięk dzwonka i popędziłam po kafelkach, tak szybko, że prawie się wywaliłam.
      Dzwonek zadzwonił jeszcze raz, w tym samym momencie kiedy otworzyłam drzwi. W progu stali dwaj umundurowani mężczyźni, a za nimi jakaś wysoka, piękna blondynka o długich nogach.
     -Dzień dobry Panno Minder- jeden zdjął czapkę i uchylił się ku mnie- Mamy dla pani złą wiadomość.
       Uśmiechali się przekazując mi "złą wiadomość". Policja zawsze była świetnymi pocieszycielami
"Przepraszamy, ale mamy zła wiadomość. Pani córkę potrącili dwaj pijani mężczyźni, a potem zgwałcili jej zwłoki, sorry wszystko będzie super" tak to mniej więcej wyglądało. Do dziś pamiętam jak mama zaczęła ich wyzywać przy tym płakać.
    -Możemy wejść?- zapytali, ale ja doskonale znałam te sztuczki złodziejów przebranych za policjantów, więc tylko pokiwałam zaprzeczająco głową.- No cóż, powiemy szybko i zwięźle. Twoja matka Alexandra Minder została potrącona przez śmieciarkę i umarła. Zostaniesz zabrana do domu dziecka dlatego, że nie masz pełnoletniego opiekuna.
       Stanęłam jak wryta, Poczułam jak wielka gula zapycha mi gardło, przez co brakuje mi powietrza i zaczynają mi się nabierać łzy, które zaraz rozprują moje oczy niczym piła maszynowa.
       Na początku zabrali mi ojca, potem siostrę, a w końcu kobietę, która dała mi życie, którego powoli zaczynałam żałować. Skupiłam wzrok na starym dębie, a potem na kobiecie. Miała plakietkę z napisem "Wychowawczyni domu dziecka". Zmroziło mi krew w żyłach, zachciało mi się krzyczeć tak głośno, że popęka wszelkie szkło, ale tego nie zrobiłam. Nie poroniłam ani jednej łzy, nie wydałam ani jednego jęku bólu, a gulę w gardle po prostu połknęłam.
        -Dajcie mi chwile na spakowanie rzeczy i do was wrócę.
        Wzięłam ze sobą to co najważniejsze, dokumenty, ubrania, kosmetyki, wszystkie oszczędności mamy i moje. Razem około pięciu tysięcy które wepchnęłam w przegrodę między bielizną, a kosmetykami i wyszłam. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz